środa, 12 maja 2021

Bydgoszcz wg Google

Street View to projekt firmy Google, który umożliwia nie tylko podróżowanie po świecie, ale również cofanie się w czasie. Dlatego ten album został poświęcony historycznym już zdjęciom Bydgoszczy, które pochodzą z tego portalu. Przyjemnych wrażeń.

 

1)

2)

3)

4)

5)

6)

7)

8)

9)

10)

11)

12)

13)

15)

16)

17)

18)


19)

poniedziałek, 10 maja 2021

Pierwsze chwile w teatrze

Fragment książki Zbigniewa Raszewskiego pt. "Bydgoszcz jaką pamiętam z lat 1930-1945". Autor urodził się 5 kwietnia 1925 roku w Poznaniu, a zmarł 7 sierpnia 1992 w Warszawie – polski historyk teatru, pisarz. Wkrótce po urodzeniu przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. Na zdjęciu widownia Teatru Miejskiego. Fot. P. Wruck, 1910.

Teatr.

Działał najpierw jako szkolny w kolegium jezuickim, w XVII i XVIII wieku. Gdy miasto zostało przyłączone do Prus, papież rozwiązał zakon jezuitów (1773). Sala teatralna dawnego kolegium była jednak nadal użytkowana przez rozmaite zespoły, amatorskie i zawodowe, polskie i niemieckie. Dopiero w 1824 roku przedstawienia teatralne przeniosły się na północny brzeg Brdy, zwany Gdańskim Przedmieściem.

Budynek Teatru Miejskiego.

Po wojnach z początku XIX wieku Prusy objęły miasto w posiadanie na mocy postanowienia kongresu wiedeńskiego (1815). Zbudowane właściwie na nowo, o ludności przeważnie niemieckiej, zorganizowało sobie wkrótce własny teatr. Nie miał on początkowo stałego zespołu, bywał obsługiwany przez zespoły przybywające z innych miast. Miał za to własny gmach, wzniesiony tuż nad Brdą, przerobiony z kościoła karmelitów. O dawniejszych tradycjach tego miejsca przypominały: sąsiedni klasztor, przerobiony na szkołę, i wysoka dzwonnica. Teatr pozostawał więc długi czas w koegzystencji z pamiątkami po karmelitach, tworząc zakątek malowniczy i pełen wdzięku. Otwarty w 1824 roku, ten pierwszy gmach spłonął w 1835, a odbudowany w 1840, spalił się jeszcze raz w 1890.

Miasto było już wtedy spore, a władze Rzeszy przyznawały mu szczególną rolę w życiu pogranicza. A więc tym razem zdecydowano się na wystawienie prawdziwego monumentalnego gmachu, wzniesionego na starym miejscu, ale całkiem od nowa, w przekonaniu, że będzie służył wyłącznie zespołom niemieckim. Taki warunek postawił cesarz obiecując miastu roczną subwencję. W poprzednim gmachu występowały także polskie zespoły, miejscowe, złożone z amatorów i przyjezdne, zawodowe. Projekt wykonał znany architekt niemiecki, Christian Heinrich Seeling. Wieżę poklasztorną wysadzono w powietrze w 1895 roku. Wygląd cichego, staroświeckiego zakątka zmienił się przez to zupełnie, choć w usytuowaniu teatru nie zaszły większe zmiany. Był i teraz budynkiem wolno stojącym. Jego południowa elewacja rozciągała się wzdłuż Brdy, północna zajmowała spory odcinek ulicy Marszałka Focha (wtedy Wilhelm Strasse), fasada wypełniała niemal w całości zachodnią pierzeję Placu Teatralnego. Klasycyzujący, dwukondygnacyjny portyk flankowany był przez dwa znacznie wyższe pylony; w dolnych częściach mieściły one klatki schodowe, w górnych — urządzenia wentylacyjne. Czy to pamięć o zburzonej wieży nasunęła Seelingowi takie rozwiązanie? Nie umiem powiedzieć. Wiem, że było oryginalne, nieczęsto stosowane, i stanowiło akcent prawdziwie reprezentacyjny na placu zabudowanym jeszcze z dwóch stron. Czwartą tworzyła Brda z mostem Teatralnym. Sznurownia dźwigała się wysoko, ponad korpus, ale była odsunięta daleko od fasady, od strony placu niewidoczna, przesłonięta przez tympanon portyku.Troje drzwi prowadziło do holu, gdzie znajdowały się kasy. Stąd przechodziło się do kuluarów otaczających parter. W czasie antraktu można się tu było przechadzać i to nawet tak, że dwa węże widzów mijały się niespiesznie, składając sobie ukłony. Takież kuluary rozciągały się na pierwszym piętrze, gdzie łączyły się od strony południowej z rozległym foyer i bufetem. Stąd przez wielkie okna dobrze widać było Brdę, wysepkę św. Barbary, Farę po drugiej stronie rzeki. Widownia mieściła parter, dwa balkony i galerię. Była strojna, pełna stiukowych ozdób i złoceń. Loże prosceniowe spoczywały na burkach utrudzonych kariatyd, z sufitu zwisał wielki żyrandol.

Polski Teatr Miejski.

Kiedy osiedliśmy w Bydgoszczy, działał tu już od lat stały teatr polski, prowadzony przez prywatnych przedsiębiorców, wybieranych w drodze konkursu. W zamian za pomoc magistratu (darmowe użytkowanie gmachu, świadczenia, skromny zasiłek w gotówce) utrzymywali oni instytucję pn. Teatr Miejski za naszego pobytu niemal przez cały czas w rękach dyrektora Stomy.

Początek.

Po raz pierwszy wszedłem do gmachu na placu Teatralnym mając lat siedem, prowadzony za rękę przez mojego starszego brata. Miałem już wtedy pewien staż jako widz teatralny, bo jeszcze podczas pobytu w Poznaniu zdążyłem obejrzeć sztukę Karoliny Birch-Pfeiffer pt. "Dziecko szczęścia" (w Teatrze Nowym) i Humperdincka "Jaś i Małgosia (w Teatrze Wielkim). Owego dnia rzecz zapowiadała się jednak o wiele ciekawiej z uwagi na temat: "Obrona Częstochowy". Na wniosek mojego brata rodzice zgodzili się, żebyśmy we dwóch obejrzeli tę sztukę i zaopatrzyli nas w fundusz przeznaczony na ten cel. Byliśmy już w holu, przed kasą, gdy brat z niewiadomych powodów oświadczył , że zmienia zdanie i chyba pójdziemy do kina. Wówczas urządziłem mu scenę. Upokorzony zaciekawionymi i litościwymi spojrzeniami kasjerki i pozostałych klientów załamał się, kupił bilety i wszedł ze mną na widownię, wcale tego później zresztą nie żałując gdyż obaj, wespół z całą publicznością, doznawaliśmy na tym przedstawieniu silnych przeżyć. Punktem kulminacyjnym była scena szturmu. Ku naszemu przerażeniu ukazali się w pewnej chwili Szwedzi, dobywając się z kanału orkiestrowego i po drabinach zaczęli wdzierać się na scenę pomimo ognia dział wycelowanych w widownię Widziałem potem w życiu wiele przedstawień, nieraz bardzo pięknych, ale mało które budziło już tyle grozy.

Tratwy

Spław drzewa przy śluzie trapezowej w 1925 roku. Okolice Mostów Solidarności. Fragment książki Walentego Winida pt. "Kanał Bydgoski", Warszawa 1928.


Co rozumieć należy przez wyraz "tratwa", wiadomo jest na ogół. Jest to pływający na wodzie środek ruchu z podłużnie ułożonych pni, nigdy z desek. Przez pewne podobieństwo do tablicy, nazwano ten środek komunikacyjny w języku niemieckim "tafel", co też przyjęto do polskich terminów spławu, jako "tafla", wyraz powszechnie używany i znany. Drzewo jest nieobrobione. Może jednak być pewna część tafli z belek, ale zdarza się to nader rzadko. Na poszczególnych wodach różnią się tratwy sposobem spajania i wymiarami. Długość i szerokość tratwy zależy od czynników, jak: szerokość i prostolinijność drogi, wymiar śluz, wielkość ruchu na danej drodze. Długość tratwy na naszej drodze zwyczajnie odpowiadała naturalnej długości pni drzewnych, najdłuższych, jakie wchodziły w taflę, szerokość zaś stosowała się do szerokości drogi i wrót śluzowych. Rozporządzenia policyjne regulowały wielkość
tratw. Od 1874 roku tratwa nie mogła być dłuższą, niż 30 m — względnie 40 m, gdy szło drzewo na maszty. Największa szerokość — 3,5 m i 4,3 m, dla prostokątnej — 3,9 m.

Budowa tratwy na naszej drodze przedstawiała się następująco: spuszczone na wodę kloce drzewne, zbierano obok siebie podłużnie w tablicę trapezową (odziomki — po jednej stronie, wierzchołki — po drugiej) lub prostokątną (po tej samej stronie na przemian odziomki i wierzchołki). Po jednej i po drugiej stronie tablicy kładziono poprzecznie cieńsze okrąglaki lub — częściej — belki, długie — jak szeroką była tafla, i wbijano w nie nad każdym klocem 8 — 10 calowe gwoździe. To poprzeczne drzewo spajające zwie się powszechnie "ramieniem". Jeśli w tratwę wchodziły i pnie krótsze, niż wynosiła jej długość, stosowano wtedy przekładanie kloców równo długich, którym i dawano jeszcze trzecie ramię.

Ażeby odpowiedzieć na pytanie, ile pni wchodziło w tratwę, pomijając już to, że mogły być i podłużnie składane (ale z 2 kawałów), musimy uprzytomnić sobie zwykłą grubość kloców, oraz to, cośmy poprzednio powiedzieli o szerokości. Ponieważ kloce w tratwie, — to tylko drzewo użytkowe, więc nie szło drzewo o mniejszej objętości, jak 10 cali w środku kloca. Średnio wynosiła objętość 13 cali. Zdarzało się i drzewo 15 — 17-calowe, zwyczajnie jednak miało grubość 12 do 15 cali. Według tego rozróżniano tablice średnie — 13 do 14 kloców, silne — 10 do 11 kloców i bardzo silne — 7 do 9 kloców.

Tratwa była zwyczajnie jednowarstwowa. Szły jednak czasami dwu, a nawet więcej warstwowe. Warstwy te były po największej części z belek. Oprócz tego tratwa niosła niekiedy na sobie ładugę. Tą mógł być wszelki towar. Około roku 1880 zabronił rząd pruski transportowania na tratwach towarów, tonących w wodzie. Odtąd załadowywano na tratwy tylko drzewo i wyroby z niego. Załadowywać wolno było tyle tylko, by zanurzenie tratwy nie przekraczało 60 cm.

Tratwa była złączona ruchomo, do czego — według oficjalnych sprawozdań — używano witek brzozowych, dębowych lub najczęściej wierzbowych. Swego czasu władze nie przeszkadzały wiązać drutem. Używanie jednak tego miało złe następstwa. Flisacy kaleczyli sobie ręce, a to często sprowadzało zakażenie krwi. Ponadto zużyty drut rzucano do wody, przez co utrudniano ruch na omawianej drodze jako, że była niegłęboka. Drut był i dlatego nieodpowiedni, że wiązanie winno być łatwe do rozłączania. Z powyższych względów w końcu zabroniono posługiwania się drutem. Jednak, ponieważ o witki było trudno na Brdzie, gdzie właśnie przekształcano tratwy, zatem używano nadal drutu, a władze zwykle przymykały oczy.

Tartak Hermanna Dycka

Tartak Hermanna Dycka znajdował się przy Moście Królowej Jadwigi (w tamtym czasie Most Victorii). Po lewej stronie widoczna wieża kościoła ewangelickiego przy Palcu Zbawiciela. Po prawej komin Dyrekcji Kolei. Dzisiaj jest tu Basen Astoria. Fotografia z 1915 roku.

Hermann Dyck's sawmill was situated next to today's Queen Jadwiga Bridge (at that time the Victoria Bridge). On the left side of the tower visible evangelical church on the Square Savior. On the right, the Railway Directorate chimney. Today is the Astoria Basin. Photo from 1915.

Źródło/Source:
"Dawno temu w Bydgoszczy - A Long Time in Bydgoszcz", redakcja Ewy Garbaciak i Krzysztofa Walentowskiego. Wyd. Quixi Media, Bydgoszcz 2020.

Ostatni goście w "Brdzie"

 Do dnia 21 grudnia 2019 roku przyjmowano na nocleg ostatnich gości Hotelu "Brda". Po tym czasie hotel został zamknięty, a jego wyposażenie sprzedano. Pocztówkę z lat. 90 przesłał pan Andrzej. Dziękuję.

Pierwsze projekty budowy hotelu w obecnym miejscu miały miejsce już w 1956 roku. W owym czasie w mieście brakowało obiektu hotelarskiego przystosowanego do przyjmowania większej liczby gości, ponieważ hotele znacjonalizowane po 1945 (jak np. Hotel Pod Orłem), choć często reprezentacyjne, dysponowały niewielką liczbą miejsc noclegowych. W związku z tym podjęta została decyzja o budowie nowego obiektu, którego projektantem została firma "Miasto-projekt". Ostateczny projekt uzyskał akceptację Miejskiej Rady Narodowej dopiero po 9 latach. Budowę hotelu po 2 latach przygotowania lokalizacji rozpoczęto w roku 1967, a zakończono w roku 1972. Wykonawcą inwestycji było Bydgoskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Miejskiego. Koszt budowy wyniósł 50 mln złotych. Obiekt oddano do użytku 29 sierpnia 1972 roku. Tego dnia o godzinie 7:00 otworzono hotelową kawiarnię z 75 miejscami, o 13:00 restaurację na 150 miejsc, a o 16:00 - hotelową recepcję.

Dodatkowo obiekt posiadał wówczas fryzjernię (II piętro), placówkę PKO (III piętro), bar-klub, salę telewizyjną oraz taras widokowy na X piętrze. Potrzeby zmotoryzowanych zaspokajał własny parking i garaże dla 45 pojazdów, w tym 15 stanowisk dla autobusów. W końcu 1972 obiekt jako pierwszy kraju otrzymał własną centralę telefoniczną produkcji Warszawskich Zakładów Urządzeń Telekomunikacyjnych. Komunikację między kondygnacjami ułatwiały 3 windy wyprodukowane na licencji szwedzkiej oraz 2 dźwigi. Dostawcą mebli była spółdzielnia inwalidów ze Środy Wielkopolskiej. Hotel zatrudniał w owym czasie 240 pracowników. O jego nowoczesności miało świadczyć wyposażenie wszystkich pokojów w łazienki, aparaty telefoniczne oraz radia. Wraz z budową nastąpiło praktyczne zamknięcie ulicy Śniadeckich od ul. Dworcowej do Ślusarskiej - pozostawiono wyłącznie możliwość jazdy w kierunku placu Piastowskiego dla ograniczonej grupy użytkowników.

W 2019 roku właściciel obiektu złożył w Urzędzie Miasta wniosek o zmianę przeznaczenia obiektu na budynek mieszkalny z funkcją usługowo - handlową na parterze. Budynek ma być rozbudowany i podwyższony o 1 piętro. Na 11 piętrze powstaną dwa apartamenty z prywatną windą. Ponadto znajdzie się tu taras na dachu oraz 106 mieszkań. Po drugiej stronie ulicy Fredry zbudowany zostanie parking w postaci budynku imitującego kamienicę. Autorami modernizacji są architekci z poznańskiej pracowni Con-Project. Źródło: wikipedia.pl

W Radiu PiK o Pierzei

Warto posłuchać ciekawej dyskusji w Polskim Radio PiK pomiędzy Anną Rembowicz-Dziekciowską - dyrektor Miejskiej Pracowni Urbanistycznej i prof. Dariuszem Markowskim - konserwatorem dzieł sztuki, przewodniczącym Rady ds. Estetyki Miasta Bydgoszczy. Rozmówcy zastanawiają się, jaka może być Bydgoszcz, gdy zostaną już dokończone wielkie inwestycje, m.in. kulturalne: czwarty krąg opery, nowy kampus Akademii Muzycznej, Młyny Rothera, Teatr Kameralny, czy zostanie rozbudowana Filharmonia Pomorska, a parki, skwery, centralne place wypięknieją.

Czy to już będzie Bydgoszcz marzeń, spójna i harmonijna pod względem ładu przestrzennego? Czy potrzebne jest uporządkowanie, czy odrobina szaleństwa i spektakularne inwestycje? Link do audycji:
https://www.radiopik.pl/139,1096,29-grudnia-2020...

Zdaniem wielu bydgoszczan priorytetową, spektakularną i również szaloną inwestycją jest odbudowa zachodniej pierzei Starego Rynku. W styczniu 2021 roku minie 81 lat od jej zburzenia przez okupacyjne władze niemieckie. Na zdjęciu: Kościół św. Ignacego Loyoli widoczny od ulicy Krętej w 1934 roku.

"Z Nowym Rokiem"

Dziś z Nowym Rokiem - witam Was szczerze,
Chyląc wokoło pokornie skroń -
Z otuchą w sercu - i w dobrej wierze -
Przychodzę znowu uścisnąć dłoń.

Choć los nas mściwy srodze przygniata,
Szczerzy swe zęby - nędza i głód -
Nie rozpaczajmy! - Wrócą te lata,
Kiedy znowu będzie wszystkiego w bród.

Ziemia też wyda obfitsze plony -
Kominy dymem zasnują kraj,
W warsztatach będzie ruch ożywiony -
Zabłyśnie znowu na ziemi raj!

Nie smuć się, Bracie - Na cóż ta trwoga?
Nadzieją niechaj błyśnie Twój próg -
Bo naród - który miłuje Boga,
Tego ochroni - nasz dobry Bóg!

Autor wiersza to F. Bielicki
Ilustrowany Kalendarz "Dziennika Bydgoskiego", 1933.
Fotografia Janusza Michalskiego z dnia 25 grudnia 2002 roku.

Dukaty z Bydgoszczy

 

  W Skarbnicy Narodowej można nabyć wierną replikę 100 dukatów Zygmunta III Wazy. W tym roku minie 400 lat od wybicia w bydgoskiej mennicy najdroższej monety Polski i Europy!

100 dukatów koronnych Zygmunta III Wazy z 1621 roku jest najcenniejszą, największą i najcięższą polską złotą monetą. Ten skarb mennictwa polskiego został wybity w mennicy bydgoskiej. Na tle wielu mennic działających na przełomie XVI i XVII wieku, ta szczególnie się wyróżniała. Specjalizowała się w biciu monet o dużych nominałach. Wynikało to z bardzo wysokiego poziomu technologicznego mennicy oraz współpracy z najwybitniejszymi medalierami i grawerami.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że 100 dukatów Zygmunta III jest ważnym świadkiem historii. Monetę tę wybito w okresie polskiego złotego wieku. To wtedy Rzeczpospolita była największym państwem w Europie. Na początku XVII wieku, po zwycięstwie nad Szwedami i Rosjanami, granice Polski rozciągały się od Poznania aż po Smoleńsk.

Polski korpus hetmana Stanisława Żółkiewskiego stacjonował na Kremlu, a król Zygmunt III Waza prowadził grę o koronę carów. Rzeczpospolita była potęgą gospodarczą i polityczną, a polska husaria – najlepsza kawaleria świata – pozostawała niepokonana przez ponad 100 lat!

100 dukatów koronnych Zygmunta III Wazy to nie tylko wyjątkowa moneta, lecz także namacalny dowód okresu świetności państwa polskiego.

W 2008 roku na aukcji w nowojorskiej firmie Stack’s, jeden z nielicznych egzemplarzy, został zlicytowany za rekordową kwotę
1 380 000 USD. W styczniu 2018 roku padł kolejny rekord zakończony sprzedażą na kwotę 2 160 000 USD. To czyni ją najdroższą monetą Europy kontynentalnej. W Polsce oryginał monety można podziwiać w Muzeum Czapskich w Krakowie.

Limit: 25.000 sztuk
Do nabycia pod adresem:
https://tinyurl.com/y7laa5js

Rozbiórka kościoła na Starym Rynku

  4 stycznia 1940 roku Miejski Urząd Budowlany złożył propozycję rozbiórki kościoła pojezuickiego na Starym Rynku czterem firmom budowlanym: Maxa Reicha (Hoch und Tiefbau A.G.), Hansa Mielkego (Baugeschäft Maschinenbautischlerei), Brunona Wiesego (Baugeschäft und Zementwarenfabrik) i Richarda Mielkego (Hoch und Tiefbau, Holzidustrie). Trzy pierwsze nie przyjęły oferty. Zadania podjęła się ostatnia, której zlecono również rozbiórkę innych budynków wokół kościoła. Prace rozbiórkowe prowadzono na koszt gminy miejskiej. Według kosztorysu z 27 marca 1941 roku wyniosły 25 391,48 marek, a gmina przejęła cegły do powtórnego wykorzystania. Rozbiórka i sprzątanie gruzu trwały od lutego do kwietnia 1940 roku. W pracach brało udział, w zależności od zakresu, od 35 do 77 osób, w tym cieśle, murarze i czeladnicy murarscy.

  Świadkiem i uczestnikiem rozbiórki był muzealnik i kustosz Kazimierz Borucki, zatrudniony przed wybuchem wojny w Muzeum Miejskim. Krótko po II wojnie światowej opublikowano jego relację z burzenia kościoła. Rozpoczyna ją od stwierdzenia, że "Werner Kampe za zgodą Gauleitera Forstera z Gdańska, zarządził, aby jak najprędzej przystąpiono do rozbiórki kościoła".

  W poniedziałek, 8 stycznia 1940 roku po ostatniej mszy świętej ksiądz Kaluschke przeniósł Przenajświętszy Sakrament do kościoła farnego, a robotnicy rozpoczęli demontaż ołtarzy i sprzętów kościelnych. Do pobliskiej fary zaniesiono ołtarz boczny z obrazem Maksymiliana Piotrowskiego przedstawiającym Najświętszą Marię Pannę Niepokalanego Poczęcia, do kościoła księży Misjonarzy na Bielawach zaniesiono ołtarz Serca Jezusowego,a także ławy, ornaty, konfesjonały i bieliznę kościelną. Do kościoła Antoniego na Czyżkówku przeniesiono ołtarze św. Wojciecha i św. Józefa, duży świecznik pająk (mosiężny), wieczną lampkę, tabernakulum i części rzeźbione w drzewie z wielkiego ołtarza oraz ambonę. Do Muzeum Miejskiego trafił obraz olejny z wizerunkiem św. Ignacego Loyoli z wielkiego ołtarza (obecnie znajduje się w kościele w Jastrzębiej Górze) i osiem drewnianych rzeźb, m.in. pozostający w zbiorach Muzeum Okręgowego XVII-wieczny kartusz z wizerunkami jezuitów.

Agnieszka Wysocka, Bydgoski Stary Rynek w planach niemieckich okupantów [:w] Quart 2020, s. 78-95. Link do artykułu:
https://quart.uni.wroc.pl/pdf/55/q55_05_Wysocka.pdf

Więcej zdjęć z rozbiórki kościoła na blogu:
https://firtelbydgoski.blogspot.com/2015/04/rozbiorka-koscioa-loyoli-i-zachodniej.html?fbclid=IwAR2SYZ3PzPvYfjWV7DlqjIl8RXBF-CZKSRvTmtLaOMvZJREv7zt-EbZJuiA

Port ciszy.

 

Gdy gród stutysięczny codziennie wita
szeptem czy głośno świt nowy,
gdy ust sto tysięcy cały dzień pyta,
kłóci się, toczy rozmowy —
nie marz o ciszy.

Lecz nie sądź, że w kotle ruchu i życia,
w ludzi-maszynach bigosie,
dla wytchnienia nie ma nigdzie ukrycia,
chodź, poszukamy w chaosie
spokojnej niszy.

Pójdziemy Przesmykiem, nie pytaj dokąd,
tam, gdzie przed nami się szerzy
ocieniony murem domów prostokąt —
Rynek, tu port ciszy leży,
wolny od burzy.

Na lewo wieża rózgi sprawiedliwej, na prawo piętra czynszowe,
na przeciw domki przytulne, nobliwe,
w podwórku historii słowo —
z nad dachów wzgórze.

Tu zawsze cisza i prawie bezludnie,
a głos od murów odbity,
po kostkach granitu skacząc zadudni,
uleci szeptem pod szczyty,
pod strychów pasy.

Poznałeś port ciszy, pójdź dalej... w kącie
są stopnie uliczki stromej,
wejdziemy po nich wzwyż, nad miasto, pnąc się
jak w górach po skalnych złomach,
poprzez Terasy.

Autorem wiersza jest Wincenty K. Sławiński, Bydgoszcz 1938. Na zdjęciu Terasy w latach 70. XX w. Fot. Stanisław Plewa. Źródło: Bydgoszcz - Okruchy Przeszłości